Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swansea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swansea. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2013

Sezon na Bony M

Wilfried Bony po dwóch udanych sezonach spędzonych w Vitesse Arnhem postanowił sprawdzić się w lepszej lidze od Eredivisie. Naturalnym wyborem była Premier League, do której - parafrazując słowa Juergena Kloppa  - nowy nabytek Swansea pasuje jak „dupa do wiadra”.

Wilfried Bony, 25 – letni napastnik urodzony w Bingerville (WKS) od dłuższego czasu szukał zatrudnienia w lepszym klubie niż Vitesse. Już rok temu jego marzenie było bliskie realizacji, gdy do niewielkiego klubu przyszła - opiewająca na 10 mln euro - oferta z Aston Villi. Vitesse – ku rozpaczy Bony’ego – zablokowało transfer. „Ten klub doprowadza mnie do szału” – Iworyjczyk specjalnie nie oszczędzał się w słowach, gdy usłyszał decyzję zarządu. Wtórował mu w tym jego agent: „Wilfried jest nie szczęśliwy w Holandii. Vitesse uważa się za ambitną drużynę, ale tego kompletnie nie widać. Bony jest otoczony słabymi piłkarzami, a przez to nie może się rozwijać.”

Ostatecznie Bony przełknął swoją dumę i kolejny sezon rozpoczął w Vitesse. Iworyjczyk w Arnhem był wyjątkowo lubiany . Podczas meczu z PSV w 2011 roku fani przygotowali mu ogromną sektorówkę z jego podobizną i napisem: Wilfried „I’m not afraid” Bony. Dodatkowo po każdym strzelonym na własnym stadionie golu na GelreDome puszczany był utwór Boney M – „Daddy Cool". Nazwa tej piosenki jednocześnie jest ksywką Iworyjczyka, który nie ukrywa, że że tego kawałku używa jako dzwonek w telefonie. Wilfried zasłynął także z tego, że padł ofiarą niesmacznego żartu. Jeden z fanów – flirtując z Bonym na Facebooku i podszywając się pod gorącą dziewczynę – wydobył od niego nagie zdjęcia, które potem wstawił do Internetu.

W ostatnim – czyli de facto drugim – sezonie w Holandii Bony z 31 trafieniami został królem strzelców, czym wydatnie pomógł Vitesse w zajęciu wysokiego 4 miejsca. W końcu po zakończeniu obecnego sezon Wilfried  dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Chętnych zatrudnieniem usług Iworyjczyka było kilku, w kuluarach mówiło się o zainteresowaniu Arsenalu, Liverpoolu, czy Chelsea. To wszystko jak się okazało później były prawdopodobnie nieznaczące plotki. Na brak ofert, jednak nie mógł narzekać, jak mówił miał propozycje z Anglii, Francji, Rosji, Ukrainy i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Ostatecznie Bony wylądował w Swansea, za rekordową dla klubu kwotę 12 mln funtów. Pieniądze wydane na snajpera wydają się być w miarę rozsądne mając na uwadze rozrzutność angielskich klubów na rynku. Dodatkowo zapotrzebowanie na napastników jest jakby większe niż w poprzednich latach, stąd przy ich deficycie ceny idą w górę. Oczywiście, przy transferze ze słabszej do lepszej ligi zawsze pozostaje ryzyko, czy zawodnik się sprawdzi, jednak umiejętności, którymi dysponuje Bony dają nadzieję na sukces.

Wilfried doda do Swansea nowe możliwości taktyczne i jest swego rodzaju zawodnikiem, którego Łabędziom brakowało. Rosły, silny, dobrze grający głową przy tym obdarzony w miarę dobrą techniką. Swoją grą przypomina Romelu Lukaku, Emanuela Adebayora, czy Didiera Drogbę. Ma coś z każdego z tych zawodników. Bony tuż po przyjściu do Premier League powiedział, że chciałby być nowym Drogbą, z którym pozostaje w dobrym kontakcie. Nowy nabytek Swansea pochwalił się: „Drogba pogratulował mi i powiedział, że jest ze mnie dumny.”

W poprzednim sezonie Swansea brakowało typowego napastnika i z konieczności występował tam Michu. Teraz wydaje się, że Iworyjczyk z Hiszpanem są w stanie stworzyć jeden z groźniejszych duetów w Premier League. Najlepszy strzelec Swansea w poprzednim sezonie ciepło wypowiada się o swoim nowym koledze z drużyny: „Wilfried doda do naszego stylu coś nowego. Jest silny w powietrzu i potrafi znakomicie utrzymać się przy piłce. To typowy golleador, ale jego gra to znacznie więcej niż gole. Współpracuje dobrze z zawodnikami i gdy potrzeba może cofnąć się na pozycję „10”.” Michu zadeklarował, że lepiej czuje się na pozycji cofniętego napastnika/ ofensywnego pomocnika stąd też zatrudnienie bramkostrzelnej „9” było niemal koniecznością.

Inni koledzy ze Swansea o Bonym także wypowiadają się ciepło. Nie mogą wyjść z podziwu dla jego siły. Garry Monk przywołuje pierwszy wspólny trening z Iworyjczykiem: „Kryłem go przy rzucie rożnym. Chciałem Wilfrieda przepchnąć, ale zwichnąłem sobie tylko palec. To tylko pokazuje jaki jest wielki.” Dalej dodaje: „Z chłopakami poprosiliśmy go, aby oddał strzał. O mało co nie rozerwał siatki. Nie widziałem wcześniej piłkarza, który miał taką petardę w nodze. Myślałem, że Danny Graham uderza silnie, ale Bony to jest zupełnie inny poziom”.

Wszystko wskazuje na to, że Bony będzie transferowym strzałem w dziesiątkę, jednak wciąż pozostają ciche obawy. Nie jeden zawodnik wziął szturmem Eredivisie by potem ponieść spektakularną klęskę w silniejszej lidze. Najbardziej klinicznym przypadkiem jest Afonso Alves, który w 44 meczach w barwach Heerenven strzelił 40 goli. W meczu z Heraclesem strzelił nawet 7 bramek. To wszystko zaprocentowało transferem za 12,7 mln funtów do Middlesbrough. Okazał się jednak niewypałem i po półtora roku odszedł do Kataru.

Przykłady można mnożyć dalej: Mateja Kezman nie poradził sobie w Chelsea; Bas Dost ze względu na kontuzje póki co jest rozczarowaniem w Wolfsburgu, a Luuk de Jong znakomity w Holandii, w Moenchengladbach wypada bardzo przeciętnie. Po drugiej stronie rzeki znajdują się Ruud van Nistelrooy, Luis Suarez, czy Dennis Bergkamp, którzy podbili Premier League. Jestem niemal pewien, że Wilfried Bony trafi do drugiego worka. Po prostu jest to świetny napastnik, który za długo grał w przedsionku futbolowej Europy.

Iworyjczyk w pierwszym poważniejszym meczu spisał się dobrze, z Malmo strzelił 2 gole i zanotował asystę. Nadzieje jakie pokładają w nim kibice Swansea są ogromne, co najmniej 10 goli w sezonie jest jego obowiązkiem. Jeżeli Bony utrzyma formę strzelecką z Holandii „Daddy Cool” w południowej Walii wróci na listy przebojów.

poniedziałek, 18 marca 2013

Marcowa pogoń Wigan, Tottenham stoi w miejscu - podsumowanie 30 kolejki Premier League

Mimo całej krytyki w kierunku Chelsea, a szczególnie jej tymczasowego trenera – Rafę Beniteza wszystko wskazuje na to, że „the Blues” ostatecznie wylądują w lidze mistrzów. Każdy inny wynik byłby zaskoczeniem. Zwycięstwo nad West Hamem było szczególne głównie ze względu na 200 gola Lamparda w niebieskich barwach, w dodatku zdobytego przeciwko jego byłej drużynie. Do tego Juan Mata jest pierwszym zawodnikiem w tym sezonie w lidze, który zdobył ponad 10 goli i 10 asyst. Hiszpan wraz z Edenem Hazardem ciągną wózek zwany Chelsea, a współpraca tych dwóch wygląda bardzo dobrze. Żadna dwójka zawodników w tej kolejce nie wymieniła ze sobą tylu podań co Belg z Matą.
Sytuacja Tottenhamu robi się coraz bardziej skomplikowana, z jednej strony ucieka Chelsea, z drugiej goni Arsenal, a sami stoją w miejscu. To do niczego dobrego nie może doprowadzić. Po drugiej porażce z rzędu w lidze, a trzeciej w ciągu ostatnich ośmiu dni Spurs znaleźli się w podobnym zatrzasku co rok temu. W zeszłym roku po 25 kolejkach mieli 10 punktów przewagi nad Arsenalem, a już po 28 kolejkach tylko 1. Pisałem o tym, że nie wierzę w to, by „Koguty” ostatecznie nie znalazły się w lidze mistrzów, ale tam autentycznie jest coś nie tak. To chyba jest najbardziej pechowy klub w angielskiej elicie. Na porażkę z Fulham statystyki nie wskazywały, Spurs nie przegrali z nimi na White Hart Lane od 9 lat, ostatnią bramkę „the Cottagers” strzelili tam 5 lat temu, a ostatni raz na własnym boisku zostali pokonani 3 listopada przez Wigan. Skończyło się 1-0 dla Fulham. Tottenham wyszedł w bardzo eksperymentalnym składzie, z Assou-Ekotto na lewej pomocy i Sigurdssonem po prawej. Przyniosło to najwięcej dośrodkowań w pole karne w tej kolejce, ale marny z tego był pożytek. Spurs oddali zaledwie 3 celne strzały, Fulham dwa, lecz to wystarczyło, aby wypatroszyć słabo dysponowane tego dnia "Koguty".
Po jednej stronie Tottenham, który miał najwięcej dośrodkowań, pod drugiej Fulham które w całej kolejce miało ich najmniej.
Jest połowa marca, czyli pora na to, aby Wigan powoli zaczęło gonić miejsce potrzebne do utrzymania. To taki okres dla tego klubu, gdy zawodnicy przypominają sobie o tym, że potrafią grać w piłkę. Tydzień temu pokonali Everton w 1/4 FA Cup, teraz wygrali z Newcastle w lidze i pewnie żałują, że przyszła pora na mecze reprezentacji. Żadna drużyna nie leży Wigan na własnym stadionie jak „Sroki”, pokonali ich po raz 6 na DW Stadium. Mogą się cieszyć ze zwycięstwa, jednak niestety Newcastle powinno czuć się skrzywdzone i okradzione z co najmniej jednego punktu. Przy bramce na 2-1 jeden z zawodników Wigan zagrywał piłkę ręką (Figueroa) i  gol nie powinien zostać uznany. Do tego McManaman – skrzydłowy „the Latics” powinien zostać wyrzucony z boiska za atak na połamanie nóg Haidarze – obrońcy Newcastle. W takich sytuacjach potrzebna jest izolatka dla atakującego, a nie było nawet żółtej kartki. Tak czy siak Wigan zgarnęło trzy punkty i dzięki temu jeszcze nie poddało się z walki o byt w Premier League. Pozostało już tylko jedno miejsce do obsadzenia Championship w przyszłym sezonie, bo Reading i QPR niemal dwoma nogami już spadło.

Na koniec o Sunderlandzie, który zanotował 7 mecz bez zwycięstwa i jest coraz bliżej strefy spadkowej. Do tego w najbliższej kolejce grają z Manchesterem United, tydzień później z Chelsea także ta seria może się przedłużyć do 9 takich spotkań. W starciu z Norwich wszystko ułożyło się dla nich niemal idealnie, przez 2/3 meczu grali w przewadze jednego zawodnika, do tego sędzia im sprzyjał, bo nie podyktował oczywistego karnego dla „Kanarków”. Jednak nawet to nie przyniosło upragnionego punktu. Z dobrej strony pokazał się Rose – lewy obrońca „Czarnych Kotów”, który był usposobiony bardzo ofensywnie i dobrze rozumiał się z Vaughanem, który grał na środku. Te dwa ogniwa to bezapelacyjnie w starciu z Norwich były najjaśniejsze punkty drużyny. Co może niepokoić to współpraca duetu napastników – Stevena Fletchera i Danny’ego Graham, która się specjalnie nie układa. W ciągu dwóch ostatnich meczów wymienili ze sobą zaledwie dwa podania, także o jakiejś współpracy nie można nawet mówić. Cztery punkty dzielą Sunderland od strefy spadkowej, dużo i mało. Mają do tego jeden mecz więcej rozegrany od osiemnastego Wigan. Końcówka na pewno będzie bardzo nerwowa, bo po dwóch następnych kolejkach ich przewaga może stopnieć do 0.

O sobotnich meczach pisałem tutaj

PS. Najwięcej podań w tej kolejce wymieniło Swansea, do tego miało najwyższą celność podań 88%, a Jonathan De Guzman miał najwięcej kontaktów z piłką ze wszystkich grających w tej serii gier. To jednak nie przyniosło skutku w postaci jakiegokolwiek punktu w meczu z Arsenalem, ba nie oddali nawet celnego strzału na bramkę Fabiańskiego, co wygląda trochę groteskowo przy całej pracy jaką wykonali podczas całego meczu.

PS 2. Niewiele ma to wspólnego z Premier League, ale tak wygląda jeden z najładniejszych goli weekendu.

czwartek, 14 marca 2013

Historia jak z bajki - "Łabędzie" na europejskich salonach

Angel Rangel zapytany o to jak na przestrzeni kilku lat zmieniła się sytuacja w Swansea z uśmiechem odpowiada: „Mógłbym na ten temat bez problemów napisać książkę”. Patrząc na to co wydarzyło się w tym klubie od 2003 roku można powiedzieć, że książka należałaby do gatunku science – fiction. Dziesięć lat temu „Łabędzie” tułały się w ogonie czwartej ligi, teraz są w górnej połowie tabeli Premier League, do tego za moment wkroczą na europejski przedsionek, do ligi europy po historycznym tryumfie w Pucharze Ligi. 

03.05.2003 – bez wątpienia, jedna z najważniejszych z dat w historii walijskiego klubu. Tego dnia mierzyli się z Hull City o przetrwanie. Przed tym meczem znajdowali się w strefie spadkowej Divison 3 (ówczesnej czwartej lidze) i przy braku ewentualnego zwycięstwa spadliby do ligi regionalnej, a to mogło być równoznaczne z upadkiem klubu. Wygrali to starcie 4-2 i od tego momentu „Łabędzie” nigdy nie patrzyły się wstecz.

Swansea w tamtym okresie było trapione problemami finansowymi, nie działo się tam dobrze, nie mieli pieniędzy nawet na to, by opłacić rachunki za prąd, czy wodę. W sezonie 2002/03 pomocną dłoń walijskiemu klubowi podał Huv Jenkins. Nie jest tak, że od razu wszystkie problemy z tym jednym ruchem zniknęły, ale powoli wszystko zaczęło iść ku normalności. To jednak też wymagało czasu.

W 2007 roku do klubu trafił Angel Rangel za 15 tysięcy funtów. Aby sfinalizować jego transfer z Terrassy hiszpański prawy obrońca musiał do tej kwoty dołożyć się z własnej kieszeni. Klub wtedy występował w Division 1, jednak organizacja w Swansea nie była najlepsza. „W pierwszym sezonie pobytu musiałem prać mój treningowy strój, przynosiłem na mecz własne korki. Nie mieliśmy jeszcze boiska treningowego. Z mojego punktu widzenia było to ok, ale nie możesz ściągnąć do klubu dobrych zawodników, gdy są takie warunki” – tak opisywał początek przygody ze Swansea Angel Rangel.

Jenkins myślał długofalowo, przede wszystkim o filozofii klubu, która miała być na pierwszym miejscu. To trener miał dopasować się do gry zespołu, a nie na odwrót. Nawet przy niepowodzeniach właściciel nie odwrócił się od swojej koncepcji, która z perspektywy czasu przyniosła ogromny sukces.

Jenkins o filozofii Swansea mówi w ten sposób: „Dwie rzeczy są kluczowe. Po pierwsze, gdy trener przychodzi do klubu pracuje z personelem, który był już wcześniej, dzięki temu nie musimy przeprowadzać drastycznych zmian. Po drugie musimy mieć pewność, że menedżer będzie rozwijać nasz styl gry i dopasuje się do niego”.

Podstawową cechą charakterystyczną dla Swansea miał być wyróżniający tę drużynę styl gry. Polega na utrzymywaniu się przy piłce, częstej wymianie pozycji i skutecznym presingu. I każdy z nowych menedżerów miał wnieść coś od siebie. Kolejni trenerzy „Łabędzi” – Martinez, Sousa, Rodgers i Laudrup preferowali ofensywny futbol z akcentami na długą kontrolę piłki. Stąd drużynę „Łabędzi” określa się być może troszeczkę na wyrost małą Barceloną, a raczej Swansealoną. Nie byłoby to możliwe gdyby nie osoba właściciela, który nie złamał się ani przez chwilę, aby w jakiś znaczący sposób zmienić filozofię klubu.

Stąd w siedem lat przyszły trzy awanse i z czwartej ligi Swansea wskoczyło do Premier League. Baraż o promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii rozegrali z Reading. Wygrali to starcie na Wembley 4-2 i z miejsca stali się pierwszym walijskim klubem, który awansował do Premier League.

„Łabędzie” nie miały zamiaru rezygnować ze swojego stylu gry nawet w bataliach z najlepszymi zespołami w Anglii. Wciąż pokazują, że z pozycji słabszej drużyny można zdominować nawet potentatów. Stąd wiele ekip stara się brać przykład ze Swansea, nie koniecznie mówię tutaj o grze, ale o konsekwencji i pomyśle na działanie klubu jako dobrze funkcjonującej machinie.

Powitanie z Premier League było dla Swansea nad wyraz bolesne, dostali baty od przyszłego mistrza Anglii – Manchesteru City. Przegrali 4-0. Pół roku później wzięli rewanż wygrywając u siebie 1-0. Pierwszy sezon był jednak dla nich bardzo udany, ostatecznie zajęli 11 miejsce. Po tej kampanii po Brendana Rodgersa – ówczesnego menedżera Swansea zgłosił się Liverpool, a ten podjął decyzję o opuszczeni Walii. Do klubu w lecie trafił Michael Laudrup – legenda światowej piłki, odnosił sukcesy zarówno w Realu Madryt, jak i Barcelonie. Bez wątpienia najlepszy duński piłkarz w historii tego kraju, co ciekawe, gdy Dania zdobywała jedyne trofeum (Euro 1992) jego zabrakło w składzie przez konflikt ze szkoleniowcem.  Nigdy jednak z bliska nie poznał angielskiego futbolu. Do tego z zespołem pożegnało się kilku czołowych piłkarzy, wydawałoby się, że nie do zastąpienia, tacy jak Joe Allen, Scott Sinclair, Steven Caulker czy Gylfi Sigrudsson. Na ich miejsce trafili zawodnicy mniej lub bardziej anonimowi dla przeciętnego obserwatora, czyli Michu, Pablo Hernandez, Chico Flores, czy Ki Sung – Yeung.  Do tego skład uzupełnił Jonathan de Guzman wypożyczony z Villareal.

Dla wielu Swansea przed sezonem pozostawało zagadką, a co po niektórzy wróżyli „Łabędziom” spadek, w końcu sprzedali za grube miliony swoich najlepszych piłkarzy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna i walijska ekipa ponownie zadziwiła angielskie podwórko. Wydawało mi się, że ta drużyna osiągnęła szczyt swoich możliwości w ubiegłym roku, a tutaj takie zaskoczenie. Wielkie brawa należą się Laudrupowi, który bardzo szybko poskładał zespół. Duński trener zawsze stara się pozostawić swobodę swoim zawodnikom, gdyż jeszcze jako piłkarz sam tego oczekiwał. Co mu się też wyjątkowo chwali trafił niemal ze wszystkim transferami, a zawodnicy którzy przybyli do klubu idealnie wkomponowali się w styl gry preferowany przez Duńczyka. Chico Flores jest jednym z najlepszych obrońców ligi, Michu zadziwia swoją skutecznością, a de Guzman sprawił, że wszyscy zapomnieli w klubie o Joe Allenie. Największą furorę zdaje się zrobił ten drugi.

Angel Rangel zapytany o to co się zmieniło po przyjściu nowego trenera odpowiada: „Laudrup dał zawodnikom mentalność zwycięzców. Wiedzieliśmy też, że z piłką jesteśmy wielcy, ale potrzebowaliśmy jakiejś zmiany. Straciliśmy trochę z posiadania futbolówki, ale dzięki temu jesteśmy bardziej konkretni i stwarzamy sobie więcej sytuacji”.

Michu na pytanie dziennikarza, kto jest najlepszym piłkarzem w Swansea bez zastanowienia odpowiada: Laudrup. To tylko pokazuje jak wielkim szacunkiem darzony jest Duńczyk w Walii.

Pod wodzą Laudrupa „Łabędzie” po raz pierwszy w historii zdobyły trofeum na angielskim podwórku. Puchar Ligi, który wygrali po tryumfie nad Bradford 5-0 jest przepustką do gry w Lidze Europy. W Premier League także spisują się dobrze, mają już pewne utrzymanie, zajmują 9 miejsce i ze spokojem mogą myśleć o następnym sezonie.
Radość kibiców po zwycięstwie Swansea w Capital One Cup
W klubie cały czas myśli się przyszłościowo. Samo lato przyniosło 15 mln funtów profitu, a część z tych pieniędzy ma pokryć koszt rozbudowy stadionu. Niedługo mecze Swansea na Liberty Stadium będzie mogło obejrzeć 32 tysiące ludzi. Obecnie pojemność stadionu wynosi 20,5 tysiąca. Trzeba zaznaczyć, że jest to nowy obiekt. Walijska drużyna gra tam od lata 2005 roku, gdy wyprowadziła się z leciwego, acz klimatycznego Vetch Field. Do tego całkowicie udało się zredukować dług i o problemach finansowych Swansea nikt już nie pamięta.

Ważną informacją dla fanów Swansea jest przedłużenie kontraktu przez Laudrupa do lata 2015 roku. Wszyscy w klubie wydają się z tego faktu zadowoleni od właściciela, piłkarzy po kibiców walijskiego klubu. Huv Jenkins po tej decyzji Duńczyka powiedział tak: „Praca z Michaelem to sama przyjemność, bo ma taką samą filozofię jak wszyscy w klubie. Sprawił, że po raz kolejny zanotowaliśmy progres i jestem pewien, że jego wiedza i doświadczenie pomoże nam cały czas się rozwijać przez kilka następnych lat”.

Dzięki temu klub zachowa potrzebną ciągłość, a Laudrup w dłuższym okresie czasu będzie mógł po prostu stworzyć jeszcze lepszy zespół.

Zastanawiam się jakie są możliwości Swansea, kiedy osiągną swój Mont Everest. Patrząc na nich nie mogę się nadziwić tym co osiągnęli przez dekadę. Dlatego czekam ze zniecierpliwieniem na ich występy w Europie tak, aby ich historię poznał cały piłkarski świat.


piątek, 22 lutego 2013

Ubodzy mierzą w podbój Wembley. Zapowiedź meczu Bradford - Swansea

W niedzielne popołudnie w finale pucharu ligi zmierzą się dwie drużyny, które w angielskiej piłce łącznie zdobyły jedno trofeum. Do tego miało to miejsce ponad 100 lat temu, gdy Bradford wygrało FA Cup. Największa rewelacja angielskiego futbolu ostatnich lat będzie walczyła naprzeciw Swansea, drużynie, która zaliczyła niesamowity skok sportowy na przestrzeni ostatnich lat.

Gdyby obie ekipy spotkały się 13 lat temu to zamieniłyby się rolami. Bradford, które obecnie reprezentuje Divison 2 (odpowiednik czwartej ligi) wtedy występowało w najwyższej klasie rozgrywkowej, natomiast Swansea w tamtym okresie było właśnie w Divison 2, nie mając pieniędzy na opłatę rachunków za prąd. Od tamtego czasu wszystko się w obu klubach zmieniło, dla jednych na lepsze, dla drugich na gorsze.

Oba kluby walczą o trwały wpis do historii, największy sukces w całej swojej historii. Nie ma co spierać co do tego kto jest faworytem, bo to wydaje się oczywiste. „Łabędzie” ze Swansea wprawdzie nie są ostatnimi czasy w najlepszej formie, jednak powinni poradzić sobie ze swoimi rywalami. Dla Bradford nie jest to nowa sytuacja. Na drodze do finału pokonali kilka klubu z Premier League, a największą niespodzianką było upokorzenie Arsenalu. Ograli także Wigan i Aston Villę. Inna sprawa, że wszystkie trzy wymienione zespoły spisują się w tym sezonie bardzo mizernie, lecz to nie może umniejszyć sukcesu Bradford. Swansea, aby dotrzeć na Wembley ograło m.in. Liverpool i Chelsea.

Obie drużyny różni w tym momencie tak naprawdę wszystko. Jedni żyją z dnia na dzień, od meczu do meczu, próbując dotrwać do końca sezonu w codziennej szarości League Two. Drudzy pukają do bram angielskiej elity, mimo tego, że w Premier League dopiero raczkują. Lecz tego jednego dnia to wszystko nie będzie miało znaczenia. Bradford będzie walczyło o niepowtarzalny sukces i chwilowy rozgłos dla miasta, natomiast dla Swansea ten finał będzie przepustką do europejskiego futbolu.
Bradford jest drugim klubem, który z czwartej ligi trafił do finału pucharu ligi, pierwszym było Rochdale w 1962, wtedy przegrali 3-0 z Norwich. Ponadto popularni „Bantams” jeżeli pokonaliby swoich walijskich rywali wyrównaliby rekord Sheffield Wednesday, którzy nie będąc w najwyższej klasie rozgrywkowej ograli  cztery ekipy z Premier League. To tylko statystyka, która w ostatecznym starciu nie będzie miała znaczenia, jednak pokazuje niesamowity sukces Bradford. Drużyna złożona za 7,5 tys. funtów dochodzi do finału mimo, że swoją przygodę powinna skończyć już dawno temu. Za każdym razem udało im się jakoś prześlizgnąć co jest wbrew jakiejkolwiek logice. Jeżeli udałoby im się wygrać to mimo wszystko nie wystąpiliby w lidze europy, bo po prostu ich na to nie stać.

Wokół Swansea jest coraz głośniej, a szczególnie wokół ich menedżera. Laudrup, niegdyś wybitny piłkarz, jest wymieniany jako kandydat do objęcia schedy po Mourinho w Realu Madryt. Duńczyk nie reagował na te spekulacje, nie chciał też rozmawiać o swojej przyszłości. Wiadomym jest, że wykonuje genialną pracę i wykreował kilku ciekawych piłkarzy. Dodatkowo „Łabędzie” grają efektownie, nie wybijają na oślep piłki i za wszelką cenę chcą swojego rywala zdominować. Nie bez przyczyny otrzymali przydomek „Swansea-lona”. Ciekawym jest jak poradziłby sobie Duńczyk w wielkim klubie, chociaż fajnie by było, gdyby Laudrup poprowadził Swansea w Europie, kto wie do czego mógłby doprowadzić walijski zespół w przyszłym sezonie.

Alan Collen, napastnik Bradford powiedział: „Musimy cieszyć i rozkoszować się tą chwilą, bo większość z nas prawdopodobnie nigdy takiego sukcesu nie doświadczy”. Menedżer „Bantams” wierzy, że w tym finale może zdarzyć się wszystko, zdejmuje też presję z zawodników mówiąc: „Nie mamy nic stracenia, a wiele do zyskania”. Te słowa pokazują, że nawet najbardziej wytrawne umysły Hollywood nie byłyby w stanie wymyślić bardziej niezwykłego scenariusza na ten finał. Piłkarski świat uwielbia takie historie. Jeden słabeusz podbija rozgrywki, samemu nie spodziewając się, że mogą aż tyle osiągnąć. Piłkarze Swansea będą tymi "bad guys", spróbują wyrwać trofeum biednej drużynie, za którą kciuki będzie trzymał prawie cały piłkarski świat.  To też pokazuje jak nieprzewidywalną grą jest futbol.  To tylko slogan, lecz w tym wypadku  bardzo prawdziwy. 

niedziela, 16 grudnia 2012

Progres/ odkrycie w Anglii 2012

W tym rankingu chciałem uwzględnić piłkarzy grających w Anglii, którzy zostali albo całkowitymi odkryciami obecnej rundy czy całego roku lub ci, którzy zaliczyli największy progres w przeciągu całego roku. Nie wybieram tutaj piłkarzy, którzy byli najlepsi w tym roku, jedynie graczy o których wcześniej nikt nie słyszał, przyszli znikąd, czy grali wcześniej po prostu przeciętnie.

5.Rafael - Manchester United
Brazylijczyk w tym sezonie zaliczył niesamowity skok jakościowy. Gdy wydawało mi się, że czeka go podobny los w Manchesterze co Fabio, dostał prawdziwą szansę od Sir Alexa Fergusona i ją wykorzystał. Znacznie poprawił się niemal we wszystkich aspektach piłkarskiego abecadła. Do tej pory zaliczył 2 bramki i 2 asysty. Gol z Liverpoolem do tej pory był jego najładniejszym. Największym jego problemem jest brak koncetracji w kluczowych momentach. Przykładem tej słabości był mecz w 2010 w cwierćfinale Ligi Mistrzów z Bayernem, gdy wyleciał z boiska po faulu na Riberim. Tuż przed derbami Manchesteru przytrafiło mu się tragiczne spotkanie z Reading, w którym Ferguson zdjął go już w 30 minucie. Jednak w kolejnych zawodach z City wyglądał bardzo przyzwoicie, zanotował nawet asystę. Rafael zbiera teraz owoce ciężkiej pracy i tego, że Ferguson z braku laku postawił na niego. Brazylijczyk to wykorzystał i teraz jest jednym z lepszych prawych obrońców w lidze.

4.Steven Caulker - Tottenham Hotspur
Młody Anglik tam gdzie się pojawi gra bardzo równo, na wysokim poziomie co na pozycji środkowego obrońcy jest bardzo ważne. Po rocznym wypożyczeniu w Swansea, gdzie grał bardzo dobrze, wrócił do Tottenhamu i realnie patrząc na papierowy skład ekipy z Londynu ciężko było wierzyć, że Caulker do składu się przebije. Jednak Andre Villas Boas na niego stawia i w tym sezonie zanotował już 21 meczy na wszystkich frontach. W lidze strzelił już 2 bramki co na obrońcę jest dobrym bilansem. Miło jest patrzeć jak ten piłkarz się rozwija, co roku pnąc się coraz wyżej. W sezonie 2010/11 tuż po kupieniu Caulkera - Tottenham od razu go wyporzyczył do Bristol City. Tam został przez wielu uznany za najlepszego środkowego obrońcę na zapleczu ekstraklasy. Perspektywy przed nim są ogromne, może być podstawowym zawodnikiem reprezentacji Anglii na lata, w której zaliczył już debiut i od razu uwiecznił go bramką. W grudniu kończy 21 lat i wszystko wskazuje na to, że Tottenham będzie miał z Caulkera wiele pożytku.

3.Raheem Sterling - Liverpool
Największe objawienie z młodych angielskich piłkarzy w tym roku, przebojem wdarł się do pierwszego składu Liverpoolu. Od 2 kolejki, meczu z Manchesterem City nieprzerwanie gra w podstawowym składzie. Sterling w grudniu skończył zaledwie 18 a już o nim się bardzo dużo mówi, nie tylko przez wzgląd na jego umiejętności. Sporym problemem Liverpoolu jest fakt, że młody reprezentant Anglii nie chce podpisać nowego kontraktu. Sporą burzę wywołały jego rzekome wypowiedzi, jakoby chciał zarabiać 50 tysięcy funtów tygodniowo, czyli mniej więcej tyle co np. Downing, którego wygryzł ze składu i wcale nie czuje się od niego gorszym. Liverpool, jednak się na to nie zgodził i póki co jest impas w tej sprawie. Moim zdaniem jednak im szybciej podpisze kontrakt tym lepiej sam na tym wyjdzie. Póki co jego liczby nie są zbyt imponujące jak na skrzydłowego: 1 gol, 2 asysty w Premier League, aczkolwiek chłopak jest bardzo młody i pewne jest, że będzie się rozwijał. Jest to zdecydowanie najbardziej perspektywiczny angielski piłkarz i tamtejsza federacja musi się cieszyć, że Sterling nie zdecydował się grać dla Jamajki, czyli kraju w którym się urodził. Jeżeli będzie się cały czas rozwijał może zostać najlepszym angielskim skrzydłowym, jednak póki co droga do tego jest bardzo daleka.

2.Marouane Fellaini - Everton
W 2008 roku został sprzedany z belgijskiego Standardu Liege do Evertonu za rekordową sumę dla klubu z Liverpoolu 15 mln funtów. Przez wszystkie te kilka lat prezentował bardzo solidny poziom, jednak brakowało fajerwerków, których można się spodziewać po tak drogim piłkarzu. Tuż przed obecnym sezonem David Moyes zmienił mu pozycję, ustawiony został tuż za napastnikiem. I to był strzał w dziesiątkę. Belg ma w tej chwili najwięcej bramek w klubie aż 8 i do tego 3 asysty. To jaki progres zaliczył w tym roku jest niesamowite i w tej chwili jest wyceniany na 25 mln funtów. Ciężko będzie utrzymać Evertonowi tego piłkarza do lata, bo kilka klubów w tym Chelsea już się o niego pytała. Największym jego atutem jest gra głową,umiejętność przyjęcia piłki na klatkę piersiową i szybkiego odegrania futbolówki do partnera. Odwieczną wadą Fellainiego jest to, że często przytrafia mu się jakieś zaćmienie i w chamski sposób atakuje rywala. Taka sytuacja przytrafiła się w meczu przeciwko Stoke, gdy z “Zidana” uderzył Showcrossa. Jednak mimo wszystko jest to piłkarz prawie kompletny i lada moment powinien trafić do lepszego klubu w którym będzie mógł zdobyć jakieś trofeum. Najlepiej, gdyby to się stało po sezonie tak, żeby Everton realnie mógł powalczyć o ligę mistrzów.

1.Michu - Swansea

Jak to się stało, że taki piłkarz został wytransferowany praktycznie za grosze do miasta, które wcześniej było znane głównie z tego, że urodziła się tam Catherine Zeta-Jones. Aktualnie jest najlepszym strzelcem Premier League z 12 bramkami. Nie wiem, czy ktokolwiek przed sezonem wpadłby w ogóle na taki pomysł, by postawić na Hiszpana jako najlepszego strzelca. Do Swansea przyszedł za marne 2 mln funtów z Rayo Vallecano, dla którego strzelił 15 goli w poprzednim sezonie w Premiera Division. Znacznie pomógł w utrzymaniu tego klubu i gdyby nie kryzys to raczej do Walii, by nie trafił. Największym atutem Michu jest gra głową. Po meczu z Arsenalem trener Swansea - Michael Laudrup powiedział, że Hiszpan jest wart co 30mln funtów. Trochę przesadził, ale fakt jest taki, że Michu w tej chwili robi furorę na angielskich boiskach i jeżeli któryś klub myśli o jego sprowadzeniu będzie musiał liczyć się ze sporym wydatkiem. To właśnie na Emirates pokazał swoje umiejętności i strzelił kanonierom dwie bramki, dając wspaniałe zwycięstwo klubowi z Walii. Hiszpan znany jest ze swojej innowacyjnej cieszynki która może doprowadzić do szału kibiców drużyny przeciwnej a wprowadzić w stan uniesienia fanów łabędzi.Michu jak wylądował na czele klasyfikacji strzelców tak wciąż nie chce oddać tego miejsca. Jednak realnie patrząc ciężko jest sobie wyobraźić, by Hiszpan był w stanie wywalczyć koronę króla strzelców. Aczkolwiek jeżeli nadal prezentowałby się tak dobrze jak teraz to kto wie. Swansea zrobiła na tym piłkarzu złoty interes już teraz, a jak tak dalej pójdzie to może wyjść jeszcze lepiej.