Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Champions League. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Champions League. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 kwietnia 2013

W oczekiwaniu na manitę (2)


Nie spodziewałem się, że drugi post z rzędu będę mógł zatytułować w ten sam sposób co poprzedni. Wprawdzie ani Real, ani Barcelona nie zhańbiły się tak by otrzymać po pięć bramek, jednak indolencja hiszpańskich drużyn sprawiła, że było tego blisko. Królewscy na tle Borussi Dortmund byli zaskakująco słabi, przez co decima prawdopodobnie stanie się tylko nieziszczonym snem.

Po meczu na Signal Iduna Park nie sposób obojętnie przejść koło wyczynu Roberta Lewandowskiego – 4 gole strzelone Realowi Madryt, coś niesamowitego. Nikt wcześniej w Europie nie zaaplikował tylu bramek Królewskim. Ostatnią osobą, która trafiła tyle razy na etapie półfinału lub finału był Ferenc Puskas – legenda Realu Madryt. Cztery razy trafił w finale Pucharu Europy przeciwko Eintrachtowi Frankfurt w 1960 roku. 

Wyczyn Polaka mówi sam za siebie, po raz 6 w historii L'Equipe wystawiono notę 10. Co też ciekawe #Lewandowski był przez ponad 20 minut najpopularniejszy na Twitterze.

Wracając już do całego spotkania to jak to się stało, że kolejna hiszpańska drużyna wypadła tragicznie na tle błyskawicznego niemieckiego ataku? Pomijając oczywistą klasę Lewandowskiego, który był zdecydowanie lepszy od Pepe.

1. Klopp po meczu powiedział: „Dajcie Madrytowi piłkę, a oni nie będą wiedzieli co z nią zrobić”. Bolesna prawda. Nie ma kontraktu, nie ma zabawy. Po pierwszym straconym golu Real starał się przejąć inicjatywę, lecz nie potrafił stworzyć zagrożenia będąc w ataku pozycyjnym. Borussia ani razu nie odkryła się na poważnie tak by dać możliwość do kontry gościom. Największa broń Królewskich została zminimalizowana praktycznie do zera, a jedyny gol padł po głupim błędzie Hummelsa. Klopp po raz kolejny rozszyfrował Mourinho, a jego Borussia w tym sezonie wbiła Realowi już 8 goli tracąc 4.

Real po prostu nie potrafi zdominować gry na tak wysokim poziomie, czego jesteśmy świadkami trzeci rok z rzędu. Do tego Borussia całkowicie zabiegała Real, zawodników tej drużyny było wszędzie więcej, a statystyka, że 6 dortmundczyków przebiegło więcej od najlepszego madrytczyka jest druzgocąca.

2. Goetze'ego wszędzie było pełno. Zbiegał na oba skrzydła, co było możliwe dzięki temu, że zaczął mecz na środku, jako typowa „10”. Umożliwiał skuteczne rozegranie piłki, stwarzał więcej możliwości swoim partnerom i miał duży wpływ na grę swojej drużyny. W teorii jego vis a vis – Mesut Ozil nie był w stanie dać tyle Realowi co Goetze Borussi z prostego względu. Ozil zaczął mecz na lewym skrzydle, skąd ciężko było kierować grą swojej drużyny. Luka Modric wprawdzie się starał, lecz także nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Wystawienie Chorwata miało na celu zdominowanie środka pola, lecz to się nie udało. Co jest niedopuszczalne, to pomoc Borussi górowała nad tą Realu, a zabieg z Modriciem można uznać za nieudany. Ozil na boku także sprawdzał się średnio, często schodził do środka, jednak wtedy pozostawiał lukę na skrzydle, której nie zapełnił Ramos. 

3. Ogromny wpływ na grę Borussi, może nawet większy niż Goetze miał Ilkay Gundogan. Był niemal wszędzie, skutecznie rozprowadzał piłki na skrzydła, umożliwiając szybki atak dortmundczykom. Dobrze uzupełniał się też ze Svenem Benderem, który był typowym zabezpieczeniem linii środkowej. Gundogan grał odpowiedzialnie, nie tracił piłek i zakończył mecz z najwyższą liczbą celnych podań. Dołożył 3 udane dryblingi, dobrą postawę w defensywie i całkowicie przyćmił Xabiego Alonso, który według Kloppa jest kluczem do zablokowania gry Królewskich.
4. Ważnym czynnikiem była też gra defensywna skrzydłowych Borussi, a jej brak w Realu. Zarówno Reus jak i Błaszczykowski, wtedy gdy drużyna nie stosowała pressingu wracali za akcjami madrytczyków. Dzięki temu w strefie obronnej mieli oczywistą przewagę. To samo tyczy się Lewandowskiego i Goetze, obaj włożyli ogromną pracę w grę obronną swojej drużyny. Zobaczcie jak wyglądał pierwszy gol dla Borussi. Goetze był kryty tylko przez Ramosa, przez co miał ułatwione zadanie by dośrodkować. Zabrakło przekazywania sobie krycia wśród Królewskich, co nie miało miejsca chociażby w meczach Malagi przeciwko Dortmundowi. Ofensywni gracze Borussi mieli naprawdę za dużo miejsca na efektywną grę, chociaż można było się tego spodziewać patrząc na to jak grają Ronaldo, Ozil, czy Higuain w defensywie. Pozostawienie Cristiano i Ozila wysoko miało na celu stworzenie możliwości kontrataku, co zazwyczaj jest skuteczne. Borussia starała się grać właśnie skrzydłami tak by uniknąć kontaktu z Alonso i Khedirą (na grafice widać, że większość podań gospodarzy przy ataku szła na boki).

Problemem Realu jest też to, że w takim meczu drużyna nie potrafi bronić ani jako całość, ani stosując pressing. Na Signal Iduna Park wyglądali jakby wyszli bez konkretnego planu co jest niedopuszczalne, a Borussia po prostu to wykorzystała.

5. Przed każdym meczem Realu największą zagwozdką dla drużyny przeciwnej jest to jak zatrzymać Ronaldo. Stąd wielkie brawa należą się dla Łukasza Piszczka, do spółki z Błaszczykowskim, którzy po raz kolejny zminimalizowali zagrożenie płynące ze strony Portugalczyka do minimum. Ronaldo starał się, lecz przy ataku pozycyjnym miał za mało przestrzeni na rozwinięcie skrzydeł. Coentrao nie stwarzał też takich możliwości w ataku co chociażby Marcelo, stąd Cristiano nie otrzymał odpowiedniej pomocy od bocznego obrońcy. To samo można powiedzieć o drugiej stronie – Ramos także nie pomógł odpowiednio w ataku dla Ozila.

Na Signal Iduna Park byliśmy świadkami tryumfu (zapożyczając terminologię z NBA) transition football. Kluczem do sukcesu Borussi był błyskawiczny atak, pressing i wybieganie (dzięki tym samym czynnikom wygrał Bayern z Barceloną). W tej chwili w starciu Bundesligi z Primera Divison przewaga tej pierwszej jest druzgocąca: 8-1. Wprawdzie nie można pozbawiać jeszcze Realu z marzeń o decimie, jednak jeżeli Mourinho szybko czegoś nie wymyśli to będziemy świadkami niemieckiego finału na Wembley(!). Angielski stadion oblegany przez Niemców, Churchill się w grobie przewraca.




środa, 24 kwietnia 2013

W oczekiwaniu na manitę


Bayern - imperator na rynku niemieckim, krok ku dominacji Europy już wykonał.
Jedną z rzeczy, która jest charakterystyczna dla futbolu jest przemijalność i zmienność. Rok 2009 – ćwierćfinał ligi mistrzów, Camp Nou. Barcelona – Bayern, 4-0 dla gospodarzy. Rok 2013 – Allianz Arena, 4-0 tym razem dla Bayernu. Co jest uwłaczające dla Katalończyków to żadna drużyna w półfinale tych rozgrywek nie przegrała tak wysoko, a podobne upokorzenie dla tej drużyny w lidze mistrzów miało miejsce w sezonie 1997/98 z Dynamem Kijów, szmat czasu.

Defensywna bezwzględność monachijczyków,
z którą goście nie potrafili sobie poradzić(*legenda). 
Nie pamiętam takiej dominacji jednej drużyny nad drugą na tak wysokim etapie rozgrywek jak na Allianz Arena w starciu Bayernu z Barceloną. Obejrzeliśmy wspaniały pokaz umiejętności całego zespołu, gdzie każdy z Bawarczyków rozegrał kapitalne zawody. Kluczem do sukcesu okazała się postawa w defensywie – zaczynając od Dantego, przez Martineza, po Robbena, czy Ribery’ego.

Szukam w pamięci, ale także nie przypominam sobie kiedy ostatni raz widziałem tak słabą Barcelonę. Patrząc na wymiar kary - z jednej strony może wydawać się ogromny, a z drugiej stosunkowo niski. Przy drugiej i trzeciej bramce sędzia miał pretekst do odgwizdania przewinienia. Przy drugiej teoretyczny spalony, przy trzeciej Mueller zastosował ruchomą zasłonę rodem z NBA na Jordi Albie. Te kilka powodów mogą być pewnym usprawiedliwieniem takiego wyniku. Niestety dla Barcelony błędy sędziowskie w żaden sposób nie tłumaczą tak tragicznej gry. Co gorsza sędzia mylił się w obie strony nie dyktując karnego dla Bayernu po zagraniu ręką przez Pique. Nie za bardzo też wiem gdzie w tej całej rywalizacji podziali się Messi, Iniesta, czy Xavi, choć odpowiedź na to pytanie jest wymiernie prosta. Każdy z trójki pozostał stłamszony przez graczy Bayernu, którzy na cały mecz wyszli bezczelnie pewni, odważni, skoncentrowani. Jak to w zwyczaju mają Niemcy. Bayern zamknął możliwość zagrywania penetrujących podań Barcie przez co ta nie była w stanie stworzyć sobie sytuacji. Indywidualności też zawiodły.

Iniesta sponiewierany był niemiłosiernie przez Javiego Martineza, o którym del Bosque przy ostatnich powołaniach do reprezentacji Hiszpanii zapomniał mówiąc, że ten jest w słabej formie. Wczoraj okazało się kto był w błędzie i jeżeli mecze Bundesligi nie przekonały del Bosque co do Martineza to z Barceloną dostał koncert gry defensywnego pomocnika. 

Gra Messiego podczas meczu,
miał zaledwie 7 podań celnych w strefie ataku,
do tego tylko 2 dryblingi miał udane
Leo Messi – kompletnie bezbarwny występ, wszystkie podania które otrzymywał były skierowane w niegroźne strefy, blisko linii środkowej. Zagrożenia w ten sposób stworzyć się nie da, do tego każdy jego ewentualny kontakt z piłką kończył się błyskawicznym doskokiem Bawarczyków. Niemożliwością jest ciągłe udowadnianie swojej wielkości, nie otrzymując odpowiedniego wsparcia od kolegów, a tego na Allianz Arena zabrakło. Nie da się jednak nie zauważyć, że Messi tego dnia był taki jakiś nie swój, generalnie słaby.

Napisałem także, że ten wynik był niski, dlaczego? Otóż Bayern sprawiał wrażenia jakby chciał stłamsić rywala, zdusić go tak, aby ten już nie powstał. Ilość sytuacji bramkowych jest wymowna – 15 do 4 na korzyść monachijczyków, przy czym strzały Barcelony to była kpina. Neuer  jakiś czas temu powiedział w jednym z wywiadów, że po niektórych meczach Bayernu nie musi chodzić pod prysznic. To było jedno z tych spotkań.

Czy na naszych oczach rośnie kolejny potężny twór, którego dominacja będzie niepodważalna przez kilka lat? Już obecna maszyna sprawia wrażenie perfekcyjnej, a przecież następny sezon zapowiada się jeszcze lepiej, zaklepani są Guardiola i Mario Goetze, strach się bać co z tego wyrośnie.

Na sam koniec ciekawe zdanie wypowiedziane po meczu przez Linekera, idealnie puentujące to starcie: "Jedna z tych drużyn potrzebuje Guardioli i nie jest nią Bayern".

*Legenda do grafik

 

czwartek, 11 kwietnia 2013

Xavi na 100%, PSG z klasą odpada z ligi mistrzów


Ogromną obawą w obozie PSG było to jak poradzi sobie paryska drużyna bez jej serca i swojego najlepszego piłkarza w obecnych rozgrywkach ligi mistrzów – Blaisa Matuidiego. I w normalnych okolicznościach remis 1-1 na Camp Nou z Barceloną wzięliby z pocałowaniem ręki jednak ten wynik nie wystarczył im do awansu do dalszej fazy gier. Paryżanie nie zagrali złego spotkania, ba był to mecz w ich wykonaniu bardzo dobry, lecz zabrakło przede wszystkim pomysłu na grę po straconej przez nich bramce.


PSG wyszło na Barcelonę z ustawieniem 4-2-3-1, gdzie Lavezzi w teorii operował po lewej stronie, a Lucas po prawej. W praktyce wyglądało to tak, że obaj często schodzili do środka, a przy grze z kontry obaj mieli stosunkowo dużo miejsca i czasu na podjęcie odpowiednich decyzji.  Teoretycznie za plecami Zlatana grał Pastore, chociaż był on odpowiedzialny bardziej za napędzanie akcji. Ponadto jego rolą było zamartwianie się o rozegranie piłki, przez co schodził na własną połowę.

Jeżeli miałbym nazwać ustawienie w jakim zagrała Barcelona byłoby to 4-2-1-3, jednak ani Cesc, ani Villa nie odrywali roli typowego napastnika. Obaj zbiegali w inne strefy, starali się być pod grą, lecz żaden z nich nie stanowił wielkiego zagrożenia dla Sirigu. Co jest jednak godne pochwały obaj stworzyli 7 dogodnych sytuacji kolegom. Iniesta grał mniej więcej w jednej linii co trójka pozostałych ofensywnych graczy. Barcelona tak czy siak nie potrafiła stworzyć sobie dogodnych sytuacji, co jest znamienne oddała zaledwie 2 celne strzały, oba po pojawieniu się Messiego, który znacząco poprawił grę. Nie była to kwestia tylko braku Argentyńczyka na boisku, ale też zbyt długa obecność na nim przeciętnie dysponowanego Fabregasa. Problemem Barcelony było też to, że Xavi mimo genialnej skuteczności podań wybierał jedynie bezpieczne rozwiązania nie podejmując żadnego ryzyka. Większość jego zagrań była przed strefą obronną PSG i jego gra fajnie wygląda w statystykach, lecz niespecjalnie była efektywna. Te 2 celne strzały, które oddała Barca na bramkę PSG były najmniejszą ich ilością w meczu u siebie w lidze mistrzów od 10 lat.
Xavi - wszystkie podania w meczu celne, lecz żadne z jego podań nie było otwierające.
Wyróżniającą rzeczą w stylu gry Barcelony, co było widoczne także z PSG jest bezczelnie wysoka gra bocznych obrońców, którzy większość czasu spędzają na połowie przeciwnika, grając mniej więcej na równi z Xavim. Zarówno Jordi Alba i Dani Alves otrzymują średnio tyle podań ile z pewnością nie dostają rozgrywający w wielu klubach, chociażby Pastore w tym meczu miał mniej kontaktów z piłką niż któryś ze skrajnych obrońców.

Na pewno też sporo głosów pojawi się, że zawiódł Zlatan po raz kolejny w lidze mistrzów. Otóż ciężko mieć pretensje do Szweda, gdyż grał na stosunkowo wysokim poziomie. 6 otwierających podań, 1 asysta świadczą o tym, że Ibra był widoczny i gdyby nie mizerna skuteczność przede wszystkim Lavezziego to liczba asyst na koncie Zlatana byłaby większa. Największym problem z tym zawodnikiem jest to, że od niego wymaga się więcej , lecz na Camp Nou przeciwko Barcelonie nie było to po prostu możliwe. Wycisnął z tego meczu praktycznie najwięcej ile się da, lecz to i tak było za mało.
Podania od kolegów, które dotarły do Zlatana i wykreowane przez niego sytuacje.
Nie przypominam sobie by na Camp Nou obok Realu jakakolwiek inna drużyna zaprezentowała się jak PSG. Co ważne nie trzymali się kurczowo bramki, grali z polotem i fantazją. Gra na jeden kontakt i szybkie kontrataki wychodziły im popisowo, a bramce Valdesa zagrozili kilkukrotnie. To co jest charakterystyczne dla Barcelony, czyli gra z wysoko postawioną linią obrony momentami było dla nich zgubne. PSG bardzo dobrze wykorzystywało ten fakt posyłając długie piłki tuż za blok defensywny. Potrafili utrzymać się też dłużej przy piłce, co często się nie zdarza na Camp Nou drużynie gości.  Paryżanie po straconej bramce wprawdzie trzymali Barcelonę z daleka od swojej bramki, lecz zapomnieli, że do awansu potrzebują jeszcze jednego gola. Długie piłki posyłane na aferę w pole karne tym razem nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, zagrali zbyt zachowawczo w końcówce i to się odbiło na wyniku. Wprawdzie żadnego meczu z Barceloną nie przegrali, to i tak awansu nie wywalczyli. Byli blisko celu, lecz czegoś zabrakło. Może to i pusty frazes, ale przy takiej polityce transferowej ciężko nie powiedzieć, że za rok mogą zamieszać jeszcze bardziej.
Ciekawą statystyką są pojedynki główkowe. PSG górowało nad Barceloną, jednak nie potrafiło wykorzystać tej przewagi. W pierwszej połowie gospodarze nie wygrali ani jednego takiego pojedynku (na 11)
Co do Barcelony, to gdybym był na miejscu Mourinho i mógł wybrać drużynę z która chciałbym zagrać w półfinale wybrałbym właśnie Katalończyków. Wydają się najpewniejszym rozwiązaniem dla Realu, który zdaje się, że znalazł sposób na Barcelonę. Przede wszystkim na miejscu obu hiszpańskich ekip chciałbym uniknąć dwumeczu z Bayernem, z którym łatwiej będzie wygrać jeden końcowy mecz niż dwa w półfinale. 

środa, 10 kwietnia 2013

Kind of magic


Po pierwszym meczu Malagi z Borussią Dortmund pisałem, że obie drużyny zagrały na poziomie grupy ligi mistrzów. Tydzień później te same zespoły przeszły niesamowitą metamorfozę tworząc spektakl godny finału tychże rozgrywek. O takim postrzeganiu tego starcia zadecydowała piorunująca końcówka, która stanie się pewnym symbolem ligi mistrzów, do którego będziemy sięgali pamięcią przez kilka najbliższych lat.

Ci, którzy emocjonowali się końcówką poprzedniego sezonu w Premier League, pamiętają na pewno mecz City – QPR, gdzie gospodarze do mistrzostwa potrzebowali zwycięstwa, a na 2 minuty przed końcem sezonu przegrywali 1-2. W przeciągu tych magicznych 2 minut udało im się wbić cudem dwa gole potrzebne do zwycięstwa. Ta sytuacja jest bliźniaczo podobna do tego czego byliśmy świadkami na Signal Iduna Park. Oczywiście, obie drużyny walczyły o zupełnie inne cele, ale boiskowe zdarzenia były do siebie bardzo podobne. Malaga, w 91 minucie prowadzi 1-2 i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek mogło pójść nie tak. Dwa błędy – najpierw Demichelisa, potem sędziego doprowadziły do tego, że hiszpańska ekipa musiała pożegnać się z elitarnymi rozgrywkami na rzecz Dortmundu.
Przy decydującym golu dla Borussi był ewidentny spalony, lecz przy golu drugim golu dla Malagi także sędzia popełnił błąd
Po tym spotkaniu ponownie pojawia się temat sędziów, którzy w koncertowy sposób zaważyli o wyniku tego meczu. Owszem, obie drużyny odniosły mniej więcej podobne korzyści i straty, ale takie pomyłki jakie miały miejsce we wtorek nie mają prawa się zdarzyć. Problem polega na tym, że ciężko odnaleźć jest złoty środek na poprawę sędziowania.

Jak wyglądał sam mecz?

Spotkanie przebiegało w dobrym tempie, Borussia Dortmund starała się od początku przejąć inicjatywę, natomiast Malaga próbowała wychodzić z błyskawicznymi kontratakami. Swoje nadzieje opierała na geniuszu Isco i solidności na prawej stronie. Hiszpańska drużyna wyszła w bardziej defensywnym ustawieniu niż na La Rosaleda, Pellegrini postanowił zagęścić prawą stronę Malagi, asekurując się przed groźnymi atakami Borussi na lewym skrzydle skąd szło największe zagrożenie tydzień temu. Malaga nie grała też już tak wysoko jak to miało miejsce tydzień temu, przez co dortmundczycy mieli ogromne problemy z przedostaniem się pod bramkę. Ostatecznie odnieśli zwycięstwo dzięki dwóm wrzutkom na aferę w pole karne. Przez cały mecz starali się grać agresywnie i stosować pressing już na połowie Malagi. Hiszpanie cofnęli się na swoją część boiska, ale na niej nie pozwalali na wiele Borussi, poprzez podwajanie najlepszych zawodników. Niemiecka ekipa większość akcji przeprowadzała środkiem, przy okazji stosując ogromną wymienność w pozycjach między poszczególnymi zawodnikami. Borussia miała stosunkowo mało miejsca, swobodnie piłkę mogli wymieniać jedynie Santana i Subotić na własnej połowie, lecz z wielkim trudem przychodziło dortmundczykom przedostanie się pod bramkę Malagi. W przekroju całego meczu idealnym rozwiązaniem byłby remis, gdyż Hiszpanie nie sprawiali gorszego wrażenia niż ich oponenci. Zastosowana przez nich taktyka sprawdzała się niemal perfekcyjnie, a do awansu zabrakło szczęścia i zimnych głów poszczególnych zawodników


Kuba najsłabszy na boisku
Błaszczykowski wracający po kontuzji miał rozwiązać problem na prawej stronie Borussi. Tak się jednak nie stało, a sam Kuba zagrał tragiczny mecz. Nie wychodziło mu niemal nic, spowalniał akcje swojej drużyny. Celność jego podań wynosiła zaledwie 44% (co widać na załączonym obrazku). Jak się okazało jego powrót nie okazał się zbawieniem dla dortmundczyków, chociaż na jego usprawiedliwienie można dodać to, że często musiał zmieniać pozycje i schodzić do środka, czy lewej strony, aby pomóc swoim kolegom. Miał także udział przy pierwszym golu dla swojej drużyny, stąd jego występ nie można ocenić aż tak negatywnie.


MVP dla Lewandowskiego
Z drugiej strony najlepszy na Signal Iduna Park był Lewandowski. Było go wszędzie pełno, starał się być cały czas pod grą, stwarzał groźne sytuacje. Do tego bramka i spory udział przy trzecim golu. Gracze Malagi nie pozostawiali mu dużo miejsca, a na pewno nie tyle co na La Rosaleda. Stąd dryblingi nie wychodziły mu tak jak w Hiszpanii, obrońcy Malagi faulowali go, gdy nie mieli pomysłu na czyste powstrzymanie Lewandowskiego, jednak nawet mimo niewielkiej przestrzeni był groźny.

Szkoda Willy’ego Caballero
Bez wątpienia największym poszkodowanym jest bramkarz Malagi, który zarówno tydzień temu jak i na Signal Iduna Park wyczyniał rzeczy wręcz niemożliwe. Zresztą obaj bramkarze w tym starciu spisali się ponadprzeciętnie niejednokrotnie ratując swoje drużyny.

Kluczowe zmiany
Klopp w końcówce posłał na pozycję napastnika Felipe Santanę – obrońcę i to przyniosło upragniony efekt. Wprowadził także Hummelsa i Sahina, aby ułatwić rozegranie piłki. Bez wątpienia gdyby Niemiec był na murawie od początku to Borussia nie miałaby takiego problemu z konstruktywnym wyjściem z własnej połowy. Hummels kapitalnie potrafi prowadzić grę i bez wątpienia nie byłoby aż tylu długich piłek, gdyby Klopp mógł go wystawić od początku, chociaż paradoksalnie jego rola w meczu z Malagą ograniczyła się do tego typu zagrań.
Tak grała Borussia w końcówce, zmiany przyniosły określony efekt, Santana zdobył gola na 3-2 i miał duży udział przy poprzedniej bramce

Co dalej?
Borussia po 15 latach awansowała do półfinału ligi mistrzów, gdzie każda z ekip, która się tam znajdzie będzie miała mniej więcej równe szanse na wygranie całego trofeum. W tym roku wyjątkowo ciężkim zadaniem jest wytypowanie faworyta do końcowego tryumfu. Mam takie wrażenie, że jest to jedyna szansa dortmundczyków w najbliższych latach na sukces w tych rozgrywkach. Jeżeli Lewandowski odejdzie, to mimo wszystko będzie im bardzo ciężko znaleźć zastępstwo dla Polaka. Tak, mogą ściągnąć za grube pieniądze nowego napastnika, ale byłoby to sprzeczne z filozofią jaka panuje w klubie. Byłaby to swojego sytuacja bez wyjścia, bo z drugiej strony wykreowanie zawodnika takiego jakim został Lewandowski zajmuje dużo czasu. Jednak nie jest to problem na euforyczny stan jaki zapanował w niemieckim klubie obecnie. Zdają sobie sprawę ze swoich możliwości i tego jak dużo mogą osiągnąć w tegorocznej lidze mistrzów.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Powinno być 0-4, jest 0-0. Nieskuteczna Borussia remisuje z przeciętną Malagą.

Mecz między Malagą, a BVB przypomniał bardziej starcie grupowe niż mecz ćwierćfinałowy. Spora ilość błędów w obronie, niewykorzystane sytuacje przede wszystkim przez ekipę z Dortmundu doprowadziły do tego, że w rewanżu możemy mieć pozorne emocje. Dlaczego tylko pozorne? Z taką grą Malaga specjalnie nie ma czego szukać na Signal Iduna Park.

Starcie na La Rosaleda było dobre tylko przez pierwsze 60 minut. Potem nie wiedzieć czemu obie drużyny albo osłabły, albo zadowoliły się bezbramkowym remisem.

Słabość Malagi we wczorajszym meczu wynikała głównie ze skutecznego odcięcia od gry przede wszystkim Isco. Ten przy każdym dotknięciu piłki był podwajany i przez to nie mógł rozwinąć skrzydeł. Stąd też Piszczek był tak mało aktywny z przodu, jego głównym zadaniem było zatrzymanie młodego Hiszpana. Po za tym Borussia prawą stroną niemal nie atakowała, większość akcji szła środkiem.

Na prawej stronie Joaquin miał trochę więcej miejsca, głównie dzięki wspomagającemu Jesusowi Gamezowi i stąd szło główne, choć niewielkie zagrożenie ze strony Malagi. Gamez starał się być aktywny z przodu, stwarzał przewagę i jeżeli chodzi o grę ofensywną to z hiszpańskiej drużyny wyróżniłbym właśnie jego.
Podania Gameza do Joaquina, ich współpraca wyglądała dobrze, po drugiej stronie Isco nie miał takiego wsparcia od Antunesa, czy środkowych pomocników
Borussia Dortmund stworzyła sobie co najmniej 4 stuprocentowe sytuacje, które koncertowo zmarnowali Mario Goetze i Robert Lewandowski. Piłkarze Malagi zostawiali naprawdę bardzo dużo miejsca swoim przeciwnikom i stąd Ci w pierwszej połowie nie mieli problemów z przeprowadzaniem groźnych akcji. Do tego ich linia obrony grała stosunkowo wysoko, a to była woda na młyn na szybkich pomocników Borussi ze względu na mało zwrotnych defensorów Malagi. Lewandowski dzięki temu, że miał wsparcie ze strony Reusa i Goetze, mógł jak to ma w zwyczaju wycofać się i skutecznie rozegrać piłkę. W ten sposób wypracował kilka sytuacji partnerom. Obaj wymieni Niemcy biegali na tyle blisko Polaka, że ten po prostu ma z kim kombinacyjnie grać, czego nie może robić w reprezentacji.
Podania, które otrzymał Lewandowski, ten obrazek pokazuje, że Polak wychodził  często po piłkę do środkowej strefy i grał na całej szerokości boiska. Warto podkreślić też, że Lewy przeprowadził aż 7 skutecznych dryblingów, najwięcej w całym meczu
W starciu na La Rosaleda rzuciła mi się też w oczy gra Groskreutza, który specjalnie nie nadaje się do kombinacyjnej gry dortmundczyków. W takich akcjach nie może się odnaleźć i spowalnia grę. Jego głównymi atutami są waleczność i gra w obronie. To drugie z Malagą mu wychodziło dobrze, ale brak Kuby Błaszczykowskiego był widoczny. Ten prawdopodobnie będzie już zdrowy na rewanż i automatycznie powinien wskoczyć do pierwszego składu. Na uwagę zasługuje też to jakie zmiany przeprowadził Klopp co tylko świadczy o tym jak krótką ławkę posiada Borussia. Julian Schieber, w ciągu 20 minut nie pokazał niczego ciekawego, a decyzje jakie podejmował były katastrofalne. Po wprowadzeniu tego zawodnika gra ewidentnie siadła.

Bez wątpienia bohaterem całego meczu był Willy Caballero, który uchronił Malagę przed porażką. Dzięki niemu w rewanżu możemy jeszcze liczyć na jakieś emocję, a Argentyńczyk nie po raz pierwszy pokazał klasę w meczach ligi mistrzów.

Obaj menedżerowie mówią, że bezbramkowy remis jest otwartym wynikiem. Ciężko się z nimi nie zgodzić, ale każde inne rozstrzygnięcie niż awans Borussi byłoby traktowane w ramach sensacji. Różnica klas była aż nadto widoczna, chociaż nie takie cuda wianki się w futbolu działy. W końcu Pellegrini doskonale wie jak grać w meczach o stawkę w lidze mistrzów. W 2006 roku awansował do półfinału tych rozgrywek z przeciętnym Villareal, chociaż teraz zadanie przed nim jest jeszcze trudniejsze, wywieźć choćby punkt z paszczy lwa – Signal Iduna Park, gdzie Borussia wszystkie mecze w lidze mistrzów wygrała.

środa, 3 kwietnia 2013

Bayern wypunktował Juventus

Nigdy nie byłem wielkim, nawet okazyjnym kibicem Bayernu Monachium. W każdym sezonie, gdy Bawarczycy pieli się w kolejnych szczeblach ligi mistrzów miałem niemal stuprocentową pewność, że prędzej czy później odpadną. Teraz, po wygranej z Juventusem są dla mnie głównym pretendentem do wygrania tego trofeum.

Oczywiście, można umniejszać zwycięstwo Bayernu, że wygrali po 2 błędach Buffona, że przy jednym golu był spalony, ale jakim wynikiem nie skończyłoby się to spotkanie to i tak byłoby to tylko przedłużenie egzekucji.  Turyńczycy, być może nieco na wyrost gloryfikowani przed ćwierćfinałem nie zaprezentowali na Alianz Arena niczego, czym mogli zaskoczyć Bawarczyków. Ci natomiast w każdej formacji we wczorajszym starciu wypadli perfekcyjnie, do tego stopnia, że van Buyten przy Dante wyglądał co najmniej dobrze. Ta drużyna była dobra w każdym elemencie gry, wyniszczała Juve stosując pressing już na ich połowie. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że był to najsłabszy mecz Juventusu pod wodzą Antonio Conte. Inna sprawa, że nie mierzyli się jeszcze z tak potężnym rywalem, który tak boleśnie wypunktowałby ich wszystkie braki. 
Podania w strefie ataku Vidala (który był najaktywniejszy przy atakach "Starej Damy") i Juve. Włosi nie byli w stanie skutecznie atakować, do tego byli strasznie niedokładni w swoich ofensywnych akcjach. Symbolem tego są zaledwie 2 celne podania Pirlo (na 9), które napędzały akcję.
Ogromnym problemem tej drużyny był brak klasowego napastnika, a deficyt był podwójny, bo Włosi wyszli na Alianz Arena w swoim tradycyjnym ustawieniu 3-5-2. Słabo jak na swoje możliwości wyglądał także Buffon, którego Beckenbauer nazwał po meczu emerytem. Pretensji po tym spotkaniu nie można mieć chyba jedynie do Arturo Vidala i Giorgio Chielliniego. Ten pierwszy przed ¼ ligi mistrzów był obok Leo Messiego i Cristiano Ronaldo najlepszym zawodnikiem tych rozgrywek. Wczoraj starał się pracować na całej szerokości boiska, ale brakowało wsparcia szczególnie ze strony Marchisio i Pirlo, a przecież to środek pola stanowił o sile Włochów. Jednak i ta linia w porównaniu do zestawienia Bayernu z Luisem Gustavo i Schweinschteigerem wyglądało blado, którzy bezbłędnie wyłączyli z gry przede wszystkim Pirlo. To po jego stracie padł pierwszy gol dla Bayernu.
Andrea Pirlo był na tyle skutecznie odcięty od podań, że nie mógł kierować grą Juve. Na tle Schwiensteigera wyglądał bardzo blado.
Ciężko mówić w tym momencie o szansach Juventus. Na pewno Włosi się ostatecznie nie poddali i u siebie mogą powalczyć. Szkopuł polega na tym, że w tym sezonie Bayern na wyjazdach jest jeszcze lepszy niż na własnym stadionie, ale turyńczycy nie mogą przegrać po raz kolejny starcia z Bawarczykami jeszcze przed gwizdkiem sędziego.

środa, 20 lutego 2013

Galatasaray zaprasza Schalke do piekła

Starcie, które wyglądało na niepozorne teraz nabiera pewnego kolorytu i zapowiada się ciekawie. Galatasaray – Schalke, bo o tym spotkaniu będę mówił, po losowaniu wydawało mi się meczem dwóch solidnych drużyn, bez gwiazd. Do tego obie ekipy dysponowały masą szczęścia trafiając na siebie, bo nie ma się co oszukiwać, ale każdy chciał mierzyć się czy to z Turkami, czy też Niemcami. W ciągu dwóch miesięcy od losowania zmieniło się sporo, szczególnie w Stambule. Do tureckiej drużyny dołączyło dwóch kapitalnych piłkarzy, którzy swoje najlepsze lata mają za sobą, jednak doświadczeniem i umiejętnościami mogą wyciągnąć to spotkanie na wysoki poziom. Dla postronnego kibica wydawać, by się mogło, że Didier Drogba i Wesley Sneijder udali się do ciepłej Turcji na piłkarską emeryturę, jednak w Stambule mierzą naprawdę wysoko.

Wydarzenia, forma poszczególnych piłkarzy nie pozostawia mi innego wyboru jak wskazanie Galaty jako faworyta tego dwumeczu. Schalke w ostatnich 12 meczach wygrało zaledwie raz, w pierwszej kolejce Bundesligi po nowym roku. Do tego w pięciu ostatnich spotkaniach stracili 12 bramek co nie napaja optymistycznie. 
Jedyną nadzieją jest podtrzymanie formy przez Bastosa i powrót Huntelaara, jednak to może być za mało na pokonanie Turków wspieranych fanatyczną publicznością. Teoretycznie, jak to powiedział Buffon: „Rozumiem świetny doping kibiców, ale z tego, co pamiętam, to chyba nikt z trybun jeszcze gola nie strzelił.”, jednak gra o przełamanie na takim stadionie może być dla Schalke piekłem. 

Jeszcze jednym pocieszeniem dla Niemców mogą być statystyki. Ekipa z Gelsenkirchen jest niepokonana w lidze mistrzów od 6 spotkań, lecz powrót pamięcią do frywolnej jesieni może wywołać wśród kibiców Schalke depresję. Po 13 kolejce Bundesligi byli jeszcze na 3 miejscu, teraz zajmują 9 miejsce. Dla porównania Galatasaray spokojnie kroczy po drugie z rzędu, a 19 w historii mistrzostwo Turcji. Jeżeli wszystko pójdzie tak jak powinno, to około godziny 22:40 będzie można powiedzieć: Stambuł się bawi.

Weltklasse Bayernu, Arsenal z Wengerem idą na dno

Umówmy się Bayern po prostu musiał wygrał z Arsenalem, wszystko już rozstrzygnięte, dla Londyńczyków walka o jakiekolwiek (nie po raz pierwszy) trofea kończy się w lutym.  Ale czy tezy o wyższości jednej ligi nad drugą można wyciągać akurat po tym meczu? Bez przesady. Czy jeżeli MU/MC, nawet Chelsea, bądź co bądź zdobywca ligi mistrzów wygrałaby z Dortmundem/ Leverkusen/ Schalke to można by było wysnuwać teorię o wyższości jednej ligi nad drugą? Bayern to jeden z głównych kandydatów do trofeum, który obok Barcelony i Realu jest najpoważniejszym pretendentem do wygrania całej ligi mistrzów.

Niemcy na każdej pozycji byli lepsi, największą bolączką dla Arsenalu jest to, że nie żadnego zaczepienia do Bayernu. Dziwną tendencją, która się utrzymuje to gra Arsenalu w pierwszych połowach, gdzie wychodzą bez odpowiedniej koncentracji. W drugich połowach zaczynają grać lepiej, tyle, że takie drużyny jak Bayern kończą zabawę przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę. 

Smutne jest też to, że Arsenal nie podjął wyzwania, cofnął się na własną połowę i czekał na to co zrobi przeciwnik. Wenger często przebąkuje coś o własnym stylu drużyny, ale tego kompletnie nie widać, szczególnie w meczach z wielkimi rywalami. 

Nie wiem też co skłoniło go do trzymania przez 70 minut Ramseya, który tradycyjnie niczym się nie wyróżniał. Najjaśniejszym punktem drużyny przegranej był Jack Wilshere, który zarzeka się, że chce zostać w Arsenalu na lata, jednak on zasługuje i ma umiejętności na grę w lepszej ekipie niż obecnie, gdzie nie ma nawet wglądu na ćwierćfinał ligi mistrzów.